czwartek, 12 listopada 2020

Fioletowy banan


    Pewnego dnia powiedziałam swojej przyjaciółce, że napiszę dla niej krótką historyjkę, pod warunkiem, że mi poda 5 równoważników zdań. Zgodziła się i wybrała takie:

złota pogoda, gęsty las, soczyste opony, kruchy żwir i fioletowy banan. Co z tego powstało? Zobaczcie sami.

    Gdy w Polsce nastała złota jesień, w Afryce trwała piękna złota pogoda. Uroczy murzynek Bambino Umtete obiecał swojemu przyjacielowi, że wezmą udział w konkursie organizowanym w związku z Dniem Śpiewającego Słonia i razem namalują obraz. Tak się złożyło, że mały Umtete miał farby, a jego przyjaciel tylko pędzle. Niestety mieszkali bardzo daleko od siebie, dlatego obydwoje zdecydowali, że skoro Umtete ma trójkołowy rowerek, to on przywiezie farby do swojego przyjaciela. W tym celu Umtete przymocował wszystkie puszki z farbą do rowerka i wyruszył w daleką drogę.

     Chcąc zaoszczędzić jak najwięcej czasu, postanowił jechać drogą na skróty przez gęsty las, zwany potocznie dżunglą, a następnie przemknąć przez plantację bananów, za którą mieszkał jego przyjaciel. Trasa, którą wybrał, wcale nie była łatwa do pokonania, ale w końcu czego nie robi się dla przyjaciół? Po pokonaniu kilku dołków, strumyczków, ostrych zakrętów i stromych wzniesień, Umtete w końcu znalazł się na górce, z której było widać całą plantację bananów. Powoli i w pełnym skupieniu zaczął zjeżdżać z górki, lecz ku jego zaskoczeniu, bardzo szybko zaczął nabierać prędkości. Nie przejął się tym zbytnio, ponieważ taka szybka jazda, po kruchym żwirze, sprawiła mu sporo radości. Śmiał się tak głośno, że nie słyszał jak podskakują puszki z farbami i niebezpiecznie o siebie uderzają.

    Na plantacje wpadł niczym błyskawica. Jego rowerek nadal był rozpędzony, dlatego chłopiec nie zauważył wystającego z ziemi korzenia, na którego nieszczęśliwie najechał tylnym kołem. Rowerek przechylił się na jeden bok i Bambino przez moment jechał tylko na dwóch kółkach. Biedak próbował odzyskać równowagę, lecz naglę wjechał w kupę bananów, przez co opony w rowerku stały się bardzo soczyste, a to niestety doprowadziło do katastrofy. Rowerek tak pechowo się przewrócił, że Bambino spadł, a jedna puszka z farbą się odczepiła i wyleciała w powietrze, a na dodatek, gdy spadła, to tak mocno uderzyła o ziemie, że aż się otwarła i cała farba wylała się na banany, zostawiając na nich mnóstwo kolorowych plam.

    Umtete był troszkę potłuczony, ale nic poważnego mu się nie stało, martwił się tylko stratą farby i tym, że zawiedzie swojego przyjaciela. W pewnej chwili chłopiec usłyszał śpiewające słoniki, pracujące na plantacji i w tym samym momencie zauważył coś wyjątkowego w poplamionej kupce bananów. To nasunęło mu do głowy świetny pomysł! Zabrał delikatnie te piękną rzecz i już bez większych przygód dojechał do swojego przyjaciela.

    Wieczorem odbyły się uroczystości z okazji Dnia Śpiewającego Słonia oraz ogłoszenie zwycięzcy konkursu. Wygrał oczywiście Bambino Umtete i jego przyjaciel! Chłopcy stworzyli obraz śpiewającego słonia we wszystkich możliwych kolorach, a za trąbę temu słoniu posłużył przyklejony do obrazu fioletowy banan.

                                                                                                                               KONIEC

piątek, 30 października 2020

Co wspólnego z aborcją miał Harry Potter??

     Nastała jesień, a wraz z nią sezon grypowy. Jak co roku smok wawelski przemienił się w krakowski smog, a ludzie chodzący po mieście kichają, kaszlą, smarkają, gorączkują, krztuszą się. zarażają i prątkują. Wirusy urządzają sobie co roczny bal, a tym razem dodatkowo towarzyszy im wirus Covid-19.

     No właśnie, jak myślicie, czy czas, w którym przyszłość jest niepewna, to dobry moment na podejmowanie ważnych decyzji? Czy gdybyście nocą słyszeli, że po waszym domu chodzi włamywacz, to zastanawialibyście się nad założeniem własnej firmy? Albo rozważalibyście, czy decyzja waszej sąsiadki, o zamieszkaniu ze swoim chłopakiem, nie mając z nim ślubu, była zgodna z prawem i z waszymi przekonaniami? Może niewiele wiem o ludziach, ale obstawiam, że wasza odpowiedź brzmiałaby nie. W momencie możliwości utraty zdrowia lub życia nie myśli się o takich sprawach, tylko podejmuje się działania ratujące życie. Tak jest zaprojektowany nasz mózg. W momencie zagrożenia wysyła sygnał walcz albo uciekaj. To znaczy uściślijmy. W taki sposób działa mózg przeciętnego Homo Sapiens, ponieważ u nad ludzi wygląda to inaczej. Ludzie władzy, czyli ,,Homo Homini luPiSy", w sytuacji zagrożenia życia, myślą jak robić jeszcze większe wały i jak wykorzystać lęk zwykłego człowieka.

     I tak oto nasi obecnie władający cesarzowie, w samym środku pandemii i w silnym wzroście zakażeń, postanowili zgłosić do Trybunału Konstytucyjnego, czy aby na pewno ustawa o aborcji eugenicznej jest zgodna z konstytucją z 1993 roku? Sędziowie na ten wniosek, mimo zakazu zgromadzeń, postanowili zebrać się w kupę i to przedyskutować. Po długich debatach doszli do wniosku, że wyżej wymieniona ustawa jednak nie jest zgodna z konstytucją. W ten sposób wydali nakaz rodzenia dzieci nieuleczalnie chorych, upośledzonych i nie zdolnych do życia poza łonem matki. Mówiąc prościej, kobiety zostały zmuszone do rodzenia dzieci, spisanych na straty przez samą naturę.

     W ten sposób wywołano swoistego rodzaju wojnę domową. Kobiety, którym ewidentnie odebrano prawo wyboru zaczęły protestować. Wyszły tłumnie na ulicę, by strajkować przeciw obecnej władzy. Rozsądni ludzie oraz mężowie wiedzą, że kobiet nie należy nadmiernie denerwować. I tutaj zagadka. Czym się różni wściekły facet od wściekłej kobiety? Wściekły facet jest w stanie wywołać wojnę, a wściekła kobieta apokalipsę.


     Pewnego popołudnia dwie kobiety knuły tajny spisek jak wywołać Armagedon, a mówiąc dokładniej rozmawiałam z przyjaciółką przez telefon o obecnej sytuacji w naszym kraju. Właśnie obmyślałyśmy plan utworzenia bomby atomowej wypełnionej gazem rozweselającym, gdy nadeszła pora na mój codzienny nielegalny spacer bez maseczki (kto jest na bieżąco z opowiastkami ten wie o co chodzi). I tak idąc ku bramce z telefonem przy uchu, słyszałam dziwny przeciągły pisk dobiegający z ogrodu sąsiada. Dźwięk był tak głośny, że usłyszała go nawet moja przyjaciółka. Nie zdążyłam wytłumaczyć jej, że to znowu zaciął się czujnik natężenia prądu w latarniach, ponieważ momentalnie zaczęła na mnie krzyczeć, że odpaliłam naszą tajną bombę bez jej udziału. Tak okropnego dźwięku, wrzasku, zgrzytu i charczenia to jeszcze nigdy nie słyszałam. Moje bębenki zaczęły wygrywać rywalizację z heavy metalem, a ciśnienie w głowie sześciokrotnie przewyższyło to w parowarze. Wtem nastąpiło to, co nastąpić musiało, a mianowicie telefon przy moim uchu eksplodował! Stopił się tak nie fortunni, że na prawej stronie mojej twarzy wyskoczyły zielone bąble przypominające Covid-a, a powstałe, w wyniku wybuchu, iskry, po licznych zawirowaniach odbiły ślad na moim czole w postaci blizny w kształcie pioruna. W tym samym momencie, moi sąsiedzi strażacy akurat czyścili wozy strażackie. Oczywiście zaraz przybiegli zaciekawieni wybuchem, błyskawicami i dymem, który swoją drogą jeszcze przez kilka minut unosił się z mojej głowy. Na moje nieszczęście zjawili się ci najstarsi i emerytowani. Na mój widok od razu zaczęli krzyczeć, ze mam Covid-a na twarzy i że to ja sprowadziłam na naszą wieś zarazę. Któryś z nich zauważył mój nowo powstały piorun i niewiele myśląc nazwał mnie feministką, czarownicą, która chce zabijać dzieci oraz SS-manką. Lekko oszołomiona bardzo powoli zaczynałam rozumieć, ze strażacy nie są do mnie pozytywnie nastawieni. Totalne otrzeźwienie nastąpiło dopiero wtedy, gdy ujrzałam zbliżającą się furmankę. Pomyślałam wtedy, że to nie godne żebym ja, niespełniona artystka o leniwym aczkolwiek genialnym umyśle, miała skończyć na furmance jak Jagienka! Szybko pojęłam, że nie dam rady uciec więc musiałam o siebie zawalczyć. Jak wiadomo najlepszą obroną jest atak, dlatego postanowiłam zaatakować przeciwnika jego własną bronią. Wstałam na tyle na ile pozwolił mi mój błędnik i zaczęłam swoją przemowę:

     Wy kanalie! Chcecie mi wmówić, że czarne jest czarne, a białe jest białe? Po której stronie wy jesteście? Rzucając te obrzydliwe pomówienia i kalumnie stoicie tam, gdzie kiedyś stało ZOMO! Czy wy nie wiecie co oznacza ta błyskawica? To znak rozpoznawczy Harrego Pottera. Nasz miłościwie panujący cesarz zlecił potajemnie pewnej amerykańskiej pisarce, aby napisała jego biografię, A przez swoją skromność nakazał jej zmienić swoje imię i nazwisko. Dlatego autorka opisała historię małego czarodzieja który prowadzi wojnę z okrutny, ,,Lordem Voldetuskiem". Harry Potter to odpowiednik naszego cesarza a ten piorun jest symbolem jego jasnego umysłu. I ja też taką mam na czole, aby w czasach protestów pokazać wszystkim, że jestem po właściwiej stronie.

     Po tym przemówieniu nastąpiła chwila głębokiej ciszy, po której nastąpił wybuch euforii. Po całej wsi rozległy się gromkie brawa i wiwaty, zagłuszając tym samym ten feralny czujnik od którego wszystko się zaczęło. Gawiedź radośnie wyszła na ulicę, śpiewając patriotyczne piosenki i malując pioruny na swoich czołach, na maskach, na latarniach a nawet i na transformatorach. Na szczęście o mnie prędko zapomnieli i mogłam spokojnie udać się do domu celem opatrzenia odniesionych ran. 

     Byłam dumna z siebie, że w tak prosty sposób udało mi się wyjść z opresji, ponieważ wystarczyło użyć słów, które naród chciał usłyszeć, by uniknąć linczu i samosądu. Tak oto, kochani, od wieków manipuluje się ludem, któremu łatwiej przychodzi słuchanie, niż myślenie. A teraz wybaczcie, ale muszę udać się na lekturę wszystkich części przygód Pottera, by w ten sposób odwdzięczyć się swojemu wybawcy.

środa, 15 lipca 2020

Jak zabić pająka?


Jak ( bezpiecznie) zabić pająka?
część 1 

     Jak zapewne już wiecie, mieszkam w domu na wsi. Mój pokój, zwany także pracownią lub moją samotnią, znajduje się na drugim piętrze. Z okna rozpościera się piękny widok na pola, lasy, dom sąsiada i znowu pola i lasy. Przy tymże oknie znajduje się niewielki, acz uroczy, półokrągły balkon. Balustradę na nim tworzy metalowa, półokrągła barierka oraz przywiązana do niej lina po której wije się winogron. Pochwalę się, że to był mój pomysł na ekologiczną i tanią balustradę. I tak widok z okna cieszył moje oko, aż do momentu, gdy nie pojawił się niespodziewany gość.

     Pewnego razu, gdy nastała już noc i swoim stałym zwyczajem podeszłam do okna, by zasunąć roletę, spostrzegłam bardzo dziwny szczegół, a mianowicie między barierką a pnączami winogronu unosił się ciemny punkt. Wiedziona ciekawością, wyszłam na balkon, sprawdzić czym jest on jest? To co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie i w obrzydzenie. Na tle nocnego nieba ujrzałam lewitującego ogromnego pająka! Nie myśląc ani chwili dłużej, uciekłam do swojego pokoju. Zabarykadowałam drzwi oraz okno i prędko wskoczyłam do swojej sprawdzonej kryjówki. Jeszcze nigdy w łóżku pod kołdrą nie dopadł mnie żaden pająk.

     Gdy nastał już dzień, pierwszą rzeczą jaką musiałam zrobić, to sprawdzenie czy on tam jeszcze jest. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ nieproszonego gościa nie było. Ostała się jedynie pajęczyna, na której to sobie lewitował poprzedniej nocy. Przetarłam ją szczotką, uważając, że to wystarczy, aby pozbyć się pająka. Jednak gdy zaszło słońce, okazało się, że ten zabieg wcale nie pomaga. Pająk znów pojawił się i to dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio. Zebrałam się na odwagę i postanowiłam z nim porozmawiać. Przycupnęłam na progu balkonu, tak by nie być ani zbyt blisko ani za daleko pająka oraz tak żeby również on mnie dobrze widział i co najważniejsze słyszał. Tłumaczyłam mu, że ten dom jest za mały dla nas dwojga, że nie może nocą wtargnąć do mojego pokoju i zaszyć się w jakimś kącie oraz że ja nie mogę, przez niego, do końca życia spać przy zamkniętym oknie. Dałam mu ultimatum, że albo on grzecznie sobie stąd pójdzie i już nigdy nie wróci pod moje okienko albo pójdę po kapcia i wtedy inaczej sobie porozmawiamy. Na te słowa pająka ewidentnie zamurowało, ponieważ nie odezwał się ani się nawet nie poruszył. Po chwili milczenia dodałam, że daję mu 24 godziny na zastanowienie, po czym wróciłam do swojego pokoju i poszłam spać przy zamkniętym oknie i opuszczonej rolecie.

     Po upływie wyznaczonego czasu, wyszłam na balkon w nadziei, że nikogo tam nie zobaczę. Niestety myliłam się. Pająk beztrosko unosił się na swojej pajęczynie, jak gdyby nigdy nic. Miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie szyderczo. Zagotowało się we mnie, chciałam krzyczeć ale wiedziałam, co muszę zrobić. Pobiegłam do pokoju po moją tajną broń, która zawsze dobrze radziła sobie z pająkami. Co prawda z o wiele mniejszymi, ale wierzyłam, że i tym razem uratuje mnie z opresji. I tak powolnym, lecz zdecydowanym krokiem wróciłam na balkon. Wbiłam swój złowieszczy wzrok w pająka, wycelowałam w niego kapcia, wzięłam zamach i z całej siły uderzyłam w pająka. Widziałam jak wraz z pajęczyną odlatuje na parę metrów, zatrzymuje się na ułamek sekundy i leci w moją stronę! W ostatniej chwili zdążyłam schować się w domu i zamknąć za sobą szklane drzwi balkonowe, gdy pająk pojawił się na parę milimetrów przed szybą. Widziałam jak się bezczelnie do mnie uśmiecha i wraca, na tej swojej gumowej pajęczynie, na swoje stałe miejsce. Tym razem to mnie zamurowało. Nie dość, że pająk przeżył zderzenie z kapciem, to jeszcze miał radochę z ekstremalnego huśtania się. Byłam załamana ale i zdeterminowana. To już była wojna. Wiedziałam, że któreś z nas musi zginąć.

     Następnego dnia zadzwoniłam po poradę do mojej przyjaciółki. Przedstawiłam jej sytuację i zapytałam jakie ona ma sposoby na zwalczanie tych demonów. Odpowiedziała mi, że standardową procedurą jest odkurzenie pająka, a następnie odkurzenie całego domu tak dla pewności, żeby tego insekta poturbowało w worku na kurz i już z niego nie wylazł. Natomiast w ekstremalnych przypadkach można użyć zapalniczki i dezodorantu, by takim domowym miotaczem ognia unicestwić intruza. Powiedziałam jej, że mojego dużego i grubawego pająka na pewno będzie to bolało i zapytałam czy nie zna bardziej humanitarnych sposobów. W odpowiedzi przyjaciółka rzuciła tylko suche: nie bluźnij! I kazała mi się wziąć do roboty.

Jak bezpiecznie zabić pająka
część 2

     Nie mając innego pomysłu, postanowiłam jednak skorzystać z porady. I wzięłam się do roboty. Gdy nastał wieczór, wytargałam na drugie piętro odkurzacz budowlany, który ze względu na swój kształt i kolor nazywany jest ,,minionkiem” i czekałam na balkonie, aż zrobi się ciemno i zjawi się moje utrapienie. Oczywiście jeśli o to chodzi, nie zawiodłam się. Intruz zjawił się punktualnie, po zachodzie słońca. Patrzyłam na niego w napięciu i czekałam, aż przestanie się w końcu wiercić i wlepi we mnie te swoje tysiąc czterysta osiemnaście ocząt. Gdy już to uczynił, jedną ręką zbliżyłam do niego rurę odkurzacza, a drugą trzymałam na włączniku. Wtem przycisnęłam guzik i w ułamku sekundy pająk został zassany do wnętrza odkurzacza. Śpiewając i podskakując odprawiłam taniec zwycięstwa, a następnie wzięłam się za odkurzanie całego domu. Odkurzyłam balkon, nie wyremontowane piętro, mieszkalne piętro, dwa koty, garaż oraz piwnicę. Może się wydawać, że to cud, że nie zbudziłam swojego tatuśka, ale on ma tak mocny sen, że można by go wynieść razem z łóżkiem i kotem do ogrodu i dopiero rankiem po przebudzeniu spostrzegłby, że zrobił się przeciąg. Chociaż jedyną rzeczą jaka jest w stanie go obudzić w nocy, to dźwięk otwieranej lodówki, dlatego nie mogę w spokoju podjadać w nocy, ech.

     Następny dzień właściwie przespałam, po całonocnym odkurzaniu. Dopiero pod wieczór, będąc w doskonałym humorze, przechadzałam się po pięknie wysprzątanym domu. Byłam przekonana, że nie spotka mnie nic niedobrego. Jedynie koty zerkały na mnie podejrzliwie, zapewne obmyślając plan zemsty za odkurzanie ich szlachetnych futerek, ale nawet to nie było w stanie popsuć mi dobrego nastroju. Jednak myliłam się i tym razem. Gdy wyszłam na balkon, by się przeciągnąć i zażyć odrobiny świeżego powietrza, w swoim stałym miejscu zauważyłam te czarną nieproszoną spasioną kulkę! To znaczy czarną... No pająk był deczko zakurzony, ale jednak wciąż żywy i ten jego zawadiacki uśmieszek wcale nie znikał z tych jego ,,szczękoszczułek''!

     Miałam serdecznie dość tego upasionego typka. Postanowiłam, że tej nocy na pewno któreś z nas zginie i to nie będę ja. Pobiegłam szybko do swojego pokoju po zapalniczkę i dezodorant. Wierzcie m,i nie chciałam tego robić, ale ten potwór wręcz mnie do tego zmusił. Wróciłam na balkon z determinacją i pełnym wyposażeniem. Zmierzyliśmy się z pająkiem wzrokiem jak dwaj bokserzy przed walką. Odpaliłam zapalniczkę i zbliżyłam ją, do nadal nie zdającego sobie sprawy pająka z powagi sytuacji, w jakiej się obecnie znalazł. Drugą ręka przyłożyłam dezodorant. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam dozownik. Wielki jęzor ognia pojawił się w mgnieniu oka. Kołyszący się na pajęczynie pająk zamienił się w pająka z rożna. Zaśmiałam się triumfalnie, byłam przekonana, że ten tłuścioch za chwilę zamieni się w popiół. W pewnym momencie spostrzegłam, że palił się nie tylko pająk ale i moja ekologiczna balustrada! Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Widziałam jak po linie, po której wił się winogron, ogień zmierza w stronę drugiego balkonu. Prędko dotarło do mnie, że za moment płomienie wtargną na piętro, gdzie znajdował się mój niczego nie świadomy tatusiek wraz z kotami. Nie tracąc ani sekundy, zbiegłam po schodach ile sił w nogach i popędziłam w stronę remizy, by włączyć syrenę. Na szczęście to moi sąsiedzi i prędko udało mi się włączyć alarm. Strażacy tym razem pojawili się na czas i od razu przeszli do akcji. Po kilkunastu minutach zdołali ugasić pożar. Tacie i kotom nie stała się żadna krzywda, cała trójka smacznie przespała całą akcję.

     Jeszcze tej samej nocy wróciłam na balkon, by oglądnąć poniesione szkody, było mi żal utraconej balustrady. Nagle usłyszałam jak ktoś kaszle. Był to piskliwy i ochrypnięty głosik. Myślałam, że to od tego pożaru jeszcze szumi mi w głowie. Wtem przypomniałam sobie o nim. Popatrzyłam w miejsce, od którego zaczął się ten cały pożar. Ze zdumienia i bezsilności padłam na kolana i znalazłam się oko w oko, to znaczy oko w tysiąc czterysta osiemnaście oczu z jeszcze lekko dymiącym i kaszlącym pająkiem. To jednak jest prawda, pająki są niezniszczalne. I to dlatego nie można ich zabijać, bo tylko można przy tym zrobić sobie krzywdę. Zaproponowałam pająkowi sojusz. Postanowiłam nadać mu imię Stefan i pozwolić zamieszkać na balkonie, z rygorystycznym zakazem wstępu do mojego pokoju i obiecałam, że w zamian za to przestanę go nękać i nadam mu status zwierzątka domowego. Pająk, to znaczy Stefan przystał na tę propozycję. Wyciągnęłam do niego palec, a on chwycił go jedną ze swoich ośmiu kończyn. W ten sposób zawarliśmy pakt. I była to dobra decyzja. Stefan ma spokojny bezpieczny domek, a ja zyskałam przyjaciela i pogromcę upierdliwie bzyczących much. Pamiętajcie, że pająki nie wydają z siebie takich irytujących dźwięków i gdy je dobrze traktujemy, to nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia.

środa, 24 czerwca 2020

Prezent na urodziny


     Kochani, dzisiaj opowiem wam o mojej przyjaciółce, która właśnie obchodzi urodziny. Tak, dała swojemu tatusiowi najlepszy prezent na dzień ojca, a mianowicie samą siebie. Heh, mała cwaniara. Oczywiście korona wirus nadal szaleje, choć masa ludzi uważa, że już jest normalnie, także my myślący, czekamy na kolejną falę zachorowań, oj, oj, oj. Dlatego przez niego odwiedziny są właściwie niemożliwe, brak funduszy szydzi sobie ze mnie i nie pozwala kupić prezentu, a moja postępująca skleroza uciekła już tak daleko, że nie złożyłam życzeń swojej jedynej przyjaciółce. I to właśnie dlatego pisze ten tekst. A zatem przejdźmy do naszej bohaterki.
     Dominisię znam jeszcze z czasów, gdy ludzie mieszkali w jaskiniach, polowali na zwierzęta, dziś to już polują tylko na promocję na kurczaka w supermarkecie, i mieli tak małe rozumki, że nie kierowali się logiką, sensem działania tylko najprostszymi emocjami i swoim własnym egoistycznym dobrem. Hmm, w sumie to nie wiele się zmieniło. Czyli innymi słowy mówiąc, nie pamiętam czasów, gdy nie znałam Dominisi. I dobrze, bo czas bez niej, jest czasem straconym.
     Spotkania z nią zawsze wprawiają mnie w dobry humor, Co prawda, podczas naszych meetingów obydwie chronicznie cierpimy na ból brzucha, który często z niewiadomych przyczyn przeistacza się w ból pleców, ale przyznajcie sami, czyż nie jest najpiękniejszą śmiercią umarcie ze śmiechu? A już zrobienie tego w towarzystwie swojej najlepszej przyjaciółki, byłoby prawdziwą wisienką na torcie. Oczywiście oprócz śmiania się, często ze sobą rozmawiamy na masę różnych tematów. Kiedyś próbowałam spisać od czego zaczynamy naszą pogawędkę, a na czym się ona kończy, ale po półtorej godziny się zgubiłam. A wyobraźcie sobie, że godzina naszej rozmowy przez telefon, to jest właściwie tylko pomyłka, a nie rozmowa. Przez tego wirusa w koronie naszą normą stały się trzy wspólne godziny, żeby w ogóle można było nazwać to rozmową telefoniczną.
     A tak szczerze, to dziwi mnie, dlaczego tak dobrze się dogadujemy? Dominisia jest otwartą osobą, pozytywnie nastawioną do świata i do ludzi, ma tak dobre serduszko, że nawet lumpa z jezdni podniesie i przetransportuje w bezpieczne miejsce, aby tylko nie stała mu się żadna krzywda, a jej kreatywność zdecydowanie przekracza granice mojej wyobraźni, a skoro piszę historyjki zaczynając od samej puenty, to muszę takową posiadać, co nie? A ja? Kimże przy niej jestem? Życiową miernotą, która gardzi ludźmi, cieszy się, że jest na kwarantannie, z dala od świata i na wszystko ma jedną odpowiedź brzmiącą bardzo dobitnie, a mianowicie jest nią : Nie!
     I my się dogadujemy. Przecież to jest cud! Nie wiadomo czy jakiś Bóg jeszcze istnieje ale cuda, i takie cudaki jak ja, jak widać się zdarzają. Czy jest coś co nas łączy? Hmm chroniczne bóle brzucha , które przeistaczają się w ból pleców, tak jak już wspominałam ale to właściwie byłoby na tyle jeśli chodzi o podobieństwa. Gdyby w jakiś sposób mnie zabrakło, Dominisia poradziłaby sobie beze mnie. Szybko potrafiłaby znaleźć odpowiednią osobę która mnie zastąpi, wystarczy żeby tego chciała. A ja bez niej zamieniłabym się w popiół i prędko umarła na zgorzkniałość.

     Jestem ci wdzięczna Dominiko, że w niewyjaśniony sposób pojawiłaś się w moim marnym życiu i postanowiłaś w nim zostać. Dziękuję ci za to, że jesteś i za to jaka jesteś. Uwielbiam cię w każdym calu, dla mnie jesteś ideałem kobiety, a jeśli masz jakieś wady, to wybacz, ja ich nie widzę, bo w moich oczach twoja wada staje się uroczą zaletą. Bądź sobą aniołku teraz i zawsze, bo jest w tobie niesamowita wartość. Wszystkiego najlepszego z okazji kolejnych dwudziestych trzecich urodzin.

czwartek, 28 maja 2020

Szkic ołówkiem Michał Wiśniewski

 Jeden z nieco starszych rysunków, wybaczcie ale mam słabość do tego pana ;)

Mężczyźni to mają klawe życie


     Zauważyliście, że mężczyźnie mają w życiu lepiej?? Nie, nie, spokojnie, nie jest to kolejny feministyczny tekst przeciwko mężczyznom. Po prostu są to moje skromne przemyślenia oparte na obserwacji otaczającego świata. Życie facetów jest luzackie.

     Kiedy budzą się rano, nie przejmują się tym, że mają 5 minut na zrobienie sobie pełnego makijażu, ani nie muszą robić sobie gwiazdorskiej fryzury. Wiecie jak to jest, mężczyzna nie jest, nie uczesany, tylko ma nonszalancką fryzurę, a to, że jest nieogolony nie świadczy o jego niechlujstwie czy lenistwie tylko o jego męskości. A wyobrażacie sobie kobietę z milimetrowym wąsikiem pod noskiem?? Skaranie boskie! Nie zadbana, rozleniwiona, a wręcz zapuszczona baba! Natomiast, gdy mężczyźni przechodzą do ubierania się, co rano czekają na nich przygotowane czyściuteńkie i pachnące skarpety i bokserki, czysta i gładziutka koszula oraz spodnie wyprasowane w kantkę, czyli mówiąc ogólnie zawsze zakładają czyste i pachnące ubrania. Oczywiście żyją w przekonaniu, że takie ubrania, nawet po pięciu latach użytkowania, mogą wyglądać jak nowe i nic nie trzeba z nimi robić.

     A gdy już, po paru sekundach ubierania się, doczłapią się do kuchni, czeka na nich śniadanko na stole i świeżo zaparzona kawka, tak jak lubią. W ich przekonaniu nie trzeba przygotować śniadania, ani go ugotować, ani upiec, ani poświęcić mu choćby odrobiny czasu. Śniadanie wystarczy podać, albo rzucić pytanie: Co jemy na śniadanie? I już pojawia się na stoliczku. Przecież to takie proste, a kobiety robią z tego wielki problem.
   
     Po śniadanku, mężczyźni jadą sobie spokojnie do pracy, zerkając od czasu do czasu na kobiety odprowadzające dzieci do szkoły i kręcące przy tym swoimi wdziękami. No te to potrafią być zadbane i dobrze wyglądać i jakoś nie muszą spędzać w łazience całego poranka.

     A jak wygląda praca takiego mężczyzny?? No sielanka. Zaczyna się od kawki, potem plotki z kolegami z pracy, sprawdzanie e-maili facebook’a allegro i auto-moto. Następnie następuje należna przerwa na drugie śniadanko czyli pyszne kanapeczki, które zawsze są w plecaczku. W tym wypadku nie trzeba używać żadnego magicznego zaklęcia-zapytania, bo świeże kanapki od tak pojawiają się w plecaczku. Kto by się tam na tym zastanawiał w jaki sposób do niego trafiają? A po posiłku można nareszcie zabrać się do pracy, ale wiadomo, najpierw kawa.

     A co mężczyźni robią gdy już wrócą do domu po ciężkim dniu pracy? Oczywiście odpoczywają męczennicy nasi. Najpierw, resztkami sił, zjadają świeżo podany gorący obiadek, który pojawia się, podobnie jak śniadanie, za pomocą magicznego zaklęcia: co na obiad? Później z pełnym brzuchem, zasłaniającym klamrę od paska, wskakują na kanapę na należyte leżakowanie. I mając w sobie jeszcze odrobinę energii, decydują się na przełączanie kanałów w telewizorze lub granie na konsoli. Niestety często zdarza się tak, że kobiety przeszkadzają w tych zajęciach relaksacyjnych. A to biegają po pokojach szukając naczyń do mycia, a to walczą z mopem, to z odkurzaczem, no nie ma chwili spokoju. I jak tacy biedni mężczyźni mają odpoczywać? Nie pozostaje im już nic innego, jak udać się do sypialni i tam w łóżku spokojnie przeglądać internety na smartfonie.

     Jak widać życie mężczyzn jest luzackie, nie mają oni żadnych obowiązków. Dlatego właśnie kochani nasi panowie doceniajcie swoje kobiety na co dzień, bo mają one na głowie o wiele więcej, niż piękne fryzury ;)


środa, 20 maja 2020

Kociaki i psiaki jak dzieci


Co by było, gdybyśmy traktowali zwierzęta dosłownie jak nasze dzieci? Szalony pomysł? Z pewnością, ale zobaczmy jak mogłoby to wyglądać.

     Przynosimy naszego niemowlaczka do domu po raz pierwszy. Oczywiście śpioszki dla psa w niebieskie kosteczki a dla kota w różowe rybki to podstawa. Naszym pociechom musi być ciepło w przednie łapki, w tylne łapki i w ogonek. Nasze maleństwo jeszcze śpi, więc delikatnie wkładamy je do łóżeczka, a gdy się obudzi dostanie buteleczkę z ,,naturalnym’’ mlekiem bez laktozy, żeby nie zaszkodziło. A po karmieniu wiadomo trzeba delikatnie poklepać nasze maleństwo po pleckach, żeby się odbiło.

     Pokój dla naszej pociechy również musi być odpowiednio przygotowany. Dla psa mięciutki dywan w obróżki, tapeta w dalmatyńskie cętki, urocze lampeczki w kształcie kości a nad łóżeczkiem wiszące gryzaki z kolorowymi kapciami i kurczakami. Dla kotów podobnie. Dywan w łatki, tapeta w cętki, lampki w rybie ości, a nad łóżeczkiem wiszące kolorowe motki do zabawy.
Naszym pociechom czas upływa głównie na spaniu, wołaniu swoich mam, by je nakarmiły czy zmieniły pieluszkę albo po prostu przytuliły i podrapały za uszkiem. My matki z utęsknieniem czekamy, aż pojawi się pierwszy kiełek, a także kiedy w końcu nasz kotek powie swoje pierwsze MIAU, a psiak pierwsze, pełne grozy HAU. Cieszmy się tymi chwilami, bo czas szybko leci i nim się obejrzymy będziemy musieli wysłać nasze pociechy do szkoły.

     Kotom poleca się trzy rodzaje szkół:
1) gimnastyka artystyczna - tutaj koty na zajęciach z jogi uczą się jak poprawnie rozciągać swoje ciało oraz jak poprawnie spadać na cztery łapy. Wykonują masę ćwiczeń z podskokami i przewrotami. Na wzmocnienie mięśni organizowane są zajęcia z wspinaczki meblowej oraz ćwiczenia z szarfą czyli głównie z firanką.
2) wojskowa – tu głównie organizowane są zajęcia w terenie. Koty uczą się jak poprawnie biegać po trawie, jak chować się przed wrogiem, jak zrobić kryjówkę zarówno na lądzie jak i w koronach drzew oraz jak podstępnie skradać się pod bazę nieprzyjaciela. Tutaj trenuję się także walkę wręcz, którą ćwiczy się na myszach lub małych ptaszkach.
3) muzyczna – idealna dla kotów z artystyczną duszą. Tutaj uczą się śpiewać, panować nad swoim głosem oraz poprawnie go modulować na masę różnych sposobów, gdzie nawet nauczyciele nie wiedzą ile jest tych sposobów, ponieważ wciąż powstają nowe.

     Natomiast dla psów dostępne są dwa rodzaje szkół:
1) policyjna – wymagająca szkoła dla ambitnych psów, które uczą się tutaj posłuszeństwa, prawa czyli co im wolno a czego nie, poznają techniki śledztwa czyli jak wywąchać smakołyki lub znaleźć zagubionego kapcia. Organizowane są także zajęcia z samoobrony nazywane potocznie: pies zaczepia, a pan go broni.
2) cyrkowa – najbardziej popularna szkoła, tutaj psy uczą się masy zabawnych sztuczek takich jak podawanie łapy, aportowanie, żonglowanie jednym freezbe, przeskakiwanie przez przeszkody czy też wycie na zawołanie.

     Oczywiście może zdarzyć się też tak, że nasze pociechy wpadną w złe towarzystwo. Koty często zakładają kocie gangi, wdają się w bójki zarówno z innymi kotami jak i z dużo większymi psami. Wielokrotnie dochodzi do rabunków, koty kradną głównie jedzenie, a także drobne, łatwo uciekające przedmioty. Natomiast psy często biorą udział w nielegalnych walkach w klatkach, oczywiście za kości, a także zajmują się sutenerstwem. Za takie czyny wiadomo, grozi im schronisko dla zwierząt.
Dlatego musimy pamiętać jak ważne jest odpowiednie wychowanie naszej pociechy, która potrzebuje wiele miłości i zrozumienia. Pamiętajmy o bezstresowym wychowaniu, zamiast stosowania kar tłumaczmy naszym podopiecznym co jest dobre, a co złe.

     A jaki morał płynie z tej oto wypowiedzi? A no taki żebyśmy nie uczłowieczali naszych zwierząt, ponieważ w ten sposób po prosty robimy im krzywdę. Zamiast dopasowywać zwierzęta do nas, obserwujmy i uczmy się ich naturalnych zachowań. Kochajmy zwierzęta za to jakie są i dawajmy im to czego potrzebują, a odwdzięczą się swoją niesamowitą i bezwarunkową miłością.

wtorek, 12 maja 2020

Ochotnicza Straż Pożarna


      Od kilku lat mieszkam na wsi, pod jednym z większych miast. Czuję się tutaj jak księżniczka, która żyła sobie za siedmioma górami i za siedmioma lasami. Brakuje tylko smoka, a szkoda, bo miałby tutaj wielu baranów na pożarcie.

     Mój dom znajduje się w ścisłym centrum, to znaczy między jedynym we wsi sklepem , a remizą. I to właśnie wokół niej dzieją się najciekawsze rzeczy. Raz grupa miłośników mamrota podtrzymuje ściany remizy, by ta się nie zawaliła, innym razem młodzież pod latarniami próbuje przejść na ciemną stronę mocy (a wiadomo że pod latarnią jest zawsze najciemniej) innym zaś razem kilku dorosłych, acz halabuśnych (czyt. charakternych) mężczyzn ręcznie wyjaśnia sprawy między sobą. Ściślej mówiąc życie roller-coster’owych przygód wrze.

     Jednak nie zapominajmy, że jeśli chodzi o remizę, to strażacy są najważniejsi. Drogie panie (panowie akurat mogą pominąć ten akapit) jest w czym wybierać, no jeden przystojniejszy od drugiego. Ograniczeń wiekowych praktycznie żadnych. Z najkrótszym (stażem oczywiście) siedemnastolatek, z najdłuższym (nadal mam na myśli staż) siedemdziesięciodwulatek. Wszyscy silni, zwarci, gotowi i co najważniejsze, zawsze chętni ( do pracy, rzecz jasna). A te ich występy? To znaczy zawody strażackie, no dziewczyny nic tylko zrobić kubeł popcornu i ich podziwiać. Grupa umięśnionych przystojniaków biega, pokonuje przeszkody, macha tymi swoimi pukawkami. Ci strażacy wręcz płoną testosteronem, kobiety mdleją na ich widok, koty wdrapują się na najwyższe drzewa, psy jak zwykle tylko szczekają, a żaby w stawie robią ,,kum kum”.

     Jak już wspominałam mieszkam niedaleko takiej wylęgarni testosteronu, czego zazdroszczą mi wszystkie wiejskie dziewczęta. Dlatego najpiękniejszym dźwiękiem jaki można tu usłyszeć, jest wyjąca syrena strażacka. To znak, że zaraz się zacznie, że przyjadą pod moją wieże książęta w białych rumakach, czy tam starych fiatach, no mniejsza z tym. Z utęsknieniem czekam na ten dźwięk, wiedząc że będzie zaraz czym nacieszyć oko.
I w końcu stało się. Gdy nastąpił środek dnia w środku tygodnia, w środku wsi, która jest pępkiem tego średniego świata, zaczęła wyć syrena. Pierwszy sygnał – z wywieszonym jęzorem lecę do obserwatorium ,czyli do okna w kuchni. Drugi sygnał – czekam na strażaków, a szyba zdążyła już zaparować. Trzeci sygnał – ocieram szybę by poprawić ostrość widzenia i niechcący natykam się na małą kałużę na parapecie. Przy trzecim sygnale zawsze się pojawia, ale do tej pory jest dla mnie zagadką ,skąd ona się bierze? Wtem syrena ucichła, na wsi zapanowała cisza, a żaby przestały kumkać. I co widzę? A no nic. Absolutnie nic. Nikt się nie pojawił. Pełna żalu, rozczarowania i z postępującą depresją, wróciłam do swoich codziennych zajęć.

     I tak wieś częściowo spłonęła, gdyż nie pojawił się żaden ze strażaków. Każdy był w swojej pracy: na budowie, w warsztacie albo w biurze. I taki już jest urok Ochotniczej Straży Pożarnej, ochota jest, tylko straży nie ma.

niedziela, 10 maja 2020

Moda 21 wieku




     Myśleliście kiedyś o tym co by były gdyby odwrócić do góry nogami modowe zwyczaje? Jak wyglądałby taki dzień? Mój wyglądałby tak:

     Jak każdego ranka przygotowuję strój do biura i jak zwykle mam problem. Tym razem zdecydowałam się na dwu częściowy strój czyli biały stanik i czarne slipki a na nogi czarne płetwy. I oczywiście czerwony czepek na głowę. U nas w firmie dress-code odgrywa kluczową rolę i czepek trzeba mieć zawsze, zarówno zimą jak i latem, co bywa uciążliwe. Góra od stroju musi zakrywać 4/6 piersi, większe dekolty są surowo zabronione. Natomiast slipki mogą odkrywać skrawek pośladków. Niektóre panie zakładają stringi ale wtedy wszyscy krzywo na nie patrzą. Szefostwo zdecydowanie nie życzy sobie takiej wulgarności w miejscu pracy. Przynajmniej z płetwami nie ma takich problemów ponieważ wszyscy bez wyjątku nosimy czarne i tej samej długości. Panowie dodatkową zawsze muszą mieć założone okulary pływackie, a maski z rurką mogą nosić tylko dyrektorowie.
      
     Gdy wracam po pracy do domu, od razu wskakuję w długą suknie balową. O tak, to zdecydowanie o wiele wygodniejszy strój. Gdy sprzątam dom rozkloszowany dół sukni wręcz pomaga mi w zamiataniu podłogi. Przy polerowaniu również staje się pomocny, ponieważ nie muszę tego robić na kolanach wystarczy, że delikatnie je ugnę . W ten sposób krzątając się po domu mam pozamiatane i wypolerowane podłogi. Natomiast co trzeci dzień mam w zwyczaju sprzątaniu kurzów z lamp, rolet, półek i wszystkiego, o co uda mi się zahaczyć. Dlatego w takie dni zakładam kapelusz z pawim piórem. Mam jeszcze jeden przydatny dodatek ubioru jest to również kapelusz, lecz tym razem z woalką. I pomaga mi przy gotowaniu. Przy smażeniu nie opryskam twarzy olejem, nie zaparują mi okulary przy pochylaniu się nad gorącymi garnkami, a gdy dołożę sobie drugą woalkę, mąż nie widzi gdy coś podjadam. Uwielbiam ten luz, gdy nie muszę się przejmować w czym chodzę po do domu.

     Po domowych obowiązkach, pora na trening. Idę pobiegać. Zakładam szpilki , koniecznie rozmiar za duże, by lepiej się trzymały na nogach, do tego materiałowa mini dla wygody, a na górę musowo białą koszula, zazwyczaj zakładam na nią marynarkę. Co prawda nie jest konieczna, ale lubię jak jest mi ciepło, a gdy jednak zrobi się za gorąco zawsze mogę ją zawiązać na biodrach. Oczywiście na trening zawsze zabieram kopertówkę, by mieć gdzie schować wodę do picia. Natomiast na nodze, tak dla bezpieczeństwa i większej higieny, zawsze mam podwiązkę, by w razie czego mieć czym otrzeć pot z czoła.

     Wieczorem mąż zarezerwował stolik w ekskluzywnej restauracji, już nie mogę się doczekać. Oczywiście zakładamy najelegantsze ubrania z topowych domów mody, nasze ulubione to Dolcze&Pidżama oraz Coco Szraflonelle. Mąż zakłada elegancką, lnianą koszulę do kostek, z butonierką w kieszonce oraz dopasowaną szlafmycę, a na nogi najnowszy hit – kapcie z wężowej skóry. Natomiast ja tym razem postawiłam na aksamitną, dwuczęściową piżamę a na nogi skarpety frote za kolana. Jako dodatek zabieram złoty nocnik z uchem, w którym zmieszczą się potrzebne rzeczy takie jak klucze, telefon, portfel i dokumenty. Obydwoje z mężem lubimy tak prestiżowe kostiumy, które wywołują zazdrosne spojrzenia biedoty, która w swoich żałosnych strojach może iść wyłącznie na Piżama party.

     Dzień się już skończył, więc pora przygotować się do snu. Szybko wskakuję w pikowaną kurtkę i termiczne spodnie, bo uwielbiam dwuczęściowe stroje do spania, są takie praktyczne. Na oczy zakładam gogle, by móc spać dłużej, a na nogi narty, by stopy nie zmarzły w nocy. Kijki zawsze trzymam przy nocnej szafce, by chronić się przed niechcianą ciążą, bo antykoncepcja XXI wieku to ważna rzecz!

Fioletowy banan

     Pewnego dnia powiedziałam swojej przyjaciółce, że napiszę dla niej krótką historyjkę, pod warunkiem, że mi poda 5 równoważników zdań. ...