Od
kilku lat mieszkam na wsi, pod jednym z większych miast. Czuję się
tutaj jak księżniczka, która żyła sobie za siedmioma górami i
za siedmioma lasami. Brakuje tylko smoka, a szkoda, bo miałby tutaj
wielu baranów na pożarcie.
Mój
dom znajduje się w ścisłym centrum, to znaczy między jedynym we
wsi sklepem , a remizą. I to właśnie wokół niej dzieją się
najciekawsze rzeczy. Raz grupa miłośników mamrota podtrzymuje
ściany remizy, by ta się nie zawaliła, innym razem młodzież pod
latarniami próbuje przejść na ciemną stronę mocy (a wiadomo że
pod latarnią jest zawsze najciemniej) innym zaś razem kilku
dorosłych, acz halabuśnych (czyt. charakternych) mężczyzn ręcznie
wyjaśnia sprawy między sobą. Ściślej mówiąc życie
roller-coster’owych przygód wrze.
Jednak
nie zapominajmy, że jeśli chodzi o remizę, to strażacy są
najważniejsi. Drogie panie (panowie akurat mogą pominąć ten
akapit) jest w czym wybierać, no jeden przystojniejszy od drugiego.
Ograniczeń wiekowych praktycznie żadnych. Z najkrótszym (stażem
oczywiście) siedemnastolatek, z najdłuższym (nadal mam na myśli
staż) siedemdziesięciodwulatek. Wszyscy silni, zwarci, gotowi i co
najważniejsze, zawsze chętni ( do pracy, rzecz jasna). A te ich
występy? To znaczy zawody strażackie, no dziewczyny nic tylko
zrobić kubeł popcornu i ich podziwiać. Grupa umięśnionych
przystojniaków biega, pokonuje przeszkody, macha tymi swoimi
pukawkami. Ci strażacy wręcz płoną testosteronem, kobiety mdleją
na ich widok, koty wdrapują się na najwyższe drzewa, psy jak
zwykle tylko szczekają, a żaby w stawie robią ,,kum kum”.
Jak
już wspominałam mieszkam niedaleko takiej wylęgarni testosteronu,
czego zazdroszczą mi wszystkie wiejskie dziewczęta. Dlatego
najpiękniejszym dźwiękiem jaki można tu usłyszeć, jest wyjąca
syrena strażacka. To znak, że zaraz się zacznie, że przyjadą pod
moją wieże książęta w białych rumakach, czy tam starych
fiatach, no mniejsza z tym. Z utęsknieniem czekam na ten dźwięk,
wiedząc że będzie zaraz czym nacieszyć oko.
I
w końcu stało się. Gdy nastąpił środek dnia w środku tygodnia,
w środku wsi, która jest pępkiem tego średniego świata, zaczęła
wyć syrena. Pierwszy sygnał – z wywieszonym jęzorem lecę do
obserwatorium ,czyli do okna w kuchni. Drugi sygnał – czekam na
strażaków, a szyba zdążyła już zaparować. Trzeci sygnał –
ocieram szybę by poprawić ostrość widzenia i niechcący natykam
się na małą kałużę na parapecie. Przy trzecim sygnale zawsze
się pojawia, ale do tej pory jest dla mnie zagadką ,skąd ona się
bierze? Wtem syrena ucichła, na wsi zapanowała cisza, a żaby
przestały kumkać. I co widzę? A no nic. Absolutnie nic. Nikt się
nie pojawił. Pełna żalu, rozczarowania i z postępującą
depresją, wróciłam do swoich codziennych zajęć.
I
tak wieś częściowo spłonęła, gdyż nie pojawił się żaden ze
strażaków. Każdy był w swojej pracy: na budowie, w warsztacie
albo w biurze. I taki już jest urok Ochotniczej Straży Pożarnej,
ochota jest, tylko straży nie ma.
Halo, halo prosimy o więcej tekstów :D
OdpowiedzUsuń