środa, 29 kwietnia 2020

Kwarantanna, koty, przygoda




       Rok 2020 był zachłannym rokiem. Nie wystarczyło mu, że był rokiem przestępnym, bądź jak mówią niektórzy przestępczym, ani to, że był w posiadaniu wielu wyjątkowych dat jak np. 02.02.2020r, 20.02.2020r czy 10.10.2020r. O nie, to było za mało. W roku 2020 musiało wydarzyć się coś wyjątkowego, a mianowicie była to zielona zaraza zwana Corona Virus’em.

        Aby się nim nie zarazić, władze nakazały ludziom pozostać w domach, nie gromadzić się, pracować zdalnie w domach (kto miał taką możliwość, rzecz jasna) i jak najrzadziej chodzić na zakupy, a najlepiej w ogóle tego nie robić. Rozważni ludzie dostosowali się do obostrzeń, nierozważni wpadli w panikę. Ze sklepów zaczęły znikać makarony, konserwy, drożdże, mąki i papiery toaletowe. Niestety nie mamy danych ilu ludzi zginęło podczas tych jakże morderczych walk o przetrwanie, przecież nakaz siedzenia w domu jest gorszy od wojny, prawda?

        Wróćmy jednak do ludzi myślących, do których nie chwaląc się, a uznając za fakt oczywisty, należę. Po kilkunastu razach gruntownego sprzątania całego domu, w ciągu jednego tygodnia, postanowiłam poszukać innej rozrywki. I znalazłam ją jakieś 45 kilometrów ode mnie, a dokładniej mówiąc, w swoim własnym telefonie, a właściwie dzwoniąc do przyjaciółki oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o jakieś 45 kilometrów. Rozmawiałyśmy ze sobą mniej więcej codziennie, przez jakieś marne dwie godziny.

        I podczas jednej z takich rozmów, chociaż to jednak musiała być zwykła pomyłka, ponieważ rozmawiałyśmy przez niecałą godzinę, postanowiłam zaznać zakazanego owocu i wyjść na spacer. Ze względu na to, że tego dnia nie wypadał akurat dzień mycia, byłam prze szczęśliwa móc zaznać chociaż kąpieli słonecznej. O czym naturalnie powiadomiłam swoją przyjaciółkę, aby mogła chociaż spróbować sobie przypomnieć jak to jest, gdy oddycha się wiatrem i zostaje się pokrytym cieniuteńką warstwą potu, wywołanego przez palące słońce. I wtedy, będąc już w połowie drogi, czyli przy bramce, którą poszłam otworzyć, aby tata mógł swobodnie wjechać na posesje, spotkała mnie niesamowita i zaskakująca przygoda.

      Obróciwszy się, w celu powrotu ze spaceru, ujrzałam dwie maleńkie, czarne, kocie dupki, upstrzone trocinami po olszynkach, pozostawionymi przed domem. Fakt, że czarny kot przebiegł mi drogę, przestał robić na mnie wrażenie, od kiedy zaczęły to robić od dwóch do czterech kotów naraz, właściwie codziennie. Zresztą moje życie naznaczone jest pechem, więc żaden czarny kot nie jest w stanie pogorszyć tej sytuacji. Naturalnie, natychmiastowo podzieliłam się z przyjaciółką, tym, że widziałam dwie, małe, oddalające się, czarne, kocie dupki, upstrzone trocinami. Od dupki po same stópki. Powiedziałam jej to prawdopodobnie pod wpływem emocji. Jako introwertyczka nie mam pojęcia co czuje i czy w ogóle coś czuje, ale to z pewnością nie mogło być logiczne działanie, więc to musiały być jakieś silne emocje, wywołane przez te dwa małe szkodniki. Tak, tak koty to ssaki z rzędu szkodniki, zapamiętajcie!

       Niestety, moja przyjaciółka nie rozumie ani moich przygód, ani mojej depresji, więc skwitowała całą te historię gromkim śmiechem, co wyleczyło ją z jej depresji, wywołanej nakazem siedzenia w domu.

       Natomiast jak przyjęły to koty? Nie wiadomo, ponieważ oddaliły się, pełne nadziei, w stronę miski z pudełka po margarynie, zawadiacko kręcąc czarnymi dupkami, upstrzonymi trocinami.
Rok 2020 był dziwnym rokiem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Fioletowy banan

     Pewnego dnia powiedziałam swojej przyjaciółce, że napiszę dla niej krótką historyjkę, pod warunkiem, że mi poda 5 równoważników zdań. ...