Rok
2020 był zachłannym rokiem. Nie wystarczyło mu, że był rokiem
przestępnym, bądź jak mówią niektórzy przestępczym, ani to, że
był w posiadaniu wielu wyjątkowych dat jak np. 02.02.2020r,
20.02.2020r czy 10.10.2020r. O nie, to było za mało. W roku 2020
musiało wydarzyć się coś wyjątkowego, a mianowicie była to
zielona zaraza zwana Corona Virus’em.
Aby się nim nie zarazić, władze
nakazały ludziom pozostać w domach, nie gromadzić się, pracować
zdalnie w domach (kto miał taką możliwość, rzecz jasna) i jak
najrzadziej chodzić na zakupy, a najlepiej w ogóle tego nie robić.
Rozważni ludzie dostosowali się do obostrzeń, nierozważni wpadli
w panikę. Ze sklepów zaczęły znikać makarony, konserwy, drożdże,
mąki i papiery toaletowe. Niestety nie mamy danych ilu ludzi zginęło
podczas tych jakże morderczych walk o przetrwanie, przecież nakaz
siedzenia w domu jest gorszy od wojny, prawda?
Wróćmy jednak do ludzi
myślących, do których nie chwaląc się, a uznając za fakt
oczywisty, należę. Po kilkunastu razach gruntownego sprzątania
całego domu, w ciągu jednego tygodnia, postanowiłam poszukać
innej rozrywki. I znalazłam ją jakieś 45 kilometrów ode mnie, a
dokładniej mówiąc, w swoim własnym telefonie, a właściwie
dzwoniąc do przyjaciółki oddalonej od mojego miejsca zamieszkania
o jakieś 45 kilometrów. Rozmawiałyśmy ze sobą mniej więcej
codziennie, przez jakieś marne dwie godziny.
I podczas jednej z takich rozmów,
chociaż to jednak musiała być zwykła pomyłka, ponieważ
rozmawiałyśmy przez niecałą godzinę, postanowiłam zaznać
zakazanego owocu i wyjść na spacer. Ze względu na to, że tego
dnia nie wypadał akurat dzień mycia, byłam prze szczęśliwa móc
zaznać chociaż kąpieli słonecznej. O czym naturalnie powiadomiłam
swoją przyjaciółkę, aby mogła chociaż spróbować sobie
przypomnieć jak to jest, gdy oddycha się wiatrem i zostaje się
pokrytym cieniuteńką warstwą potu, wywołanego przez palące
słońce. I wtedy, będąc już w połowie drogi, czyli przy bramce,
którą poszłam otworzyć, aby tata mógł swobodnie wjechać na
posesje, spotkała mnie niesamowita i zaskakująca przygoda.
Obróciwszy się, w celu powrotu
ze spaceru, ujrzałam dwie maleńkie, czarne, kocie dupki, upstrzone
trocinami po olszynkach, pozostawionymi przed domem. Fakt, że czarny
kot przebiegł mi drogę, przestał robić na mnie wrażenie, od
kiedy zaczęły to robić od dwóch do czterech kotów naraz,
właściwie codziennie. Zresztą moje życie naznaczone jest pechem,
więc żaden czarny kot nie jest w stanie pogorszyć tej sytuacji.
Naturalnie, natychmiastowo podzieliłam się z przyjaciółką, tym,
że widziałam dwie, małe, oddalające się, czarne, kocie dupki,
upstrzone trocinami. Od dupki po same stópki. Powiedziałam jej to
prawdopodobnie pod wpływem emocji. Jako introwertyczka nie mam
pojęcia co czuje i czy w ogóle coś czuje, ale to z pewnością nie
mogło być logiczne działanie, więc to musiały być jakieś silne
emocje, wywołane przez te dwa małe szkodniki. Tak, tak koty to
ssaki z rzędu szkodniki, zapamiętajcie!
Niestety, moja przyjaciółka nie
rozumie ani moich przygód, ani mojej depresji, więc skwitowała
całą te historię gromkim śmiechem, co wyleczyło ją z jej
depresji, wywołanej nakazem siedzenia w domu.
Natomiast jak przyjęły to koty?
Nie wiadomo, ponieważ oddaliły się, pełne nadziei, w stronę
miski z pudełka po margarynie, zawadiacko kręcąc czarnymi dupkami,
upstrzonymi trocinami.
Rok 2020 był dziwnym rokiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz